poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Mam w dupie głębokie przemyślenia!

Coraz częściej przekonuję się, że moim życiem rządzi bez skrupułów przypadek. Oczywiście, często powtarzam sobie, i nie tylko ja, ale też moi przyjaciele, że uwaga: "TAK MIAŁO BYĆ". Dobrze, zgadzam się, ale kto w takim razie o tym decyduje, że tak a nie inaczej ma być? Nie będzie o Bogu, religii ani o polityce, będzie o mnie i ludziach mi najbliższych. Wiem,że Ruda będziesz prawdopodobnie jedynym czytelnikiem tego" miejsca myśli wszelkich", ale chyba najbardziej zależy mi na samym sformułowaniu tego, co siedzi mi w głowie. W zeszłym roku próbowałam pisać coś podobnego do bloga, z tym, że na kartce papieru, w autobusie, w tramwaju, w kiblu...i wydawało mi się, że jestem świadkiem powstawania kolejnego bestsellera...pech chciał, że moje żale i smutki przelane na papier znalazła moja Mama i wyrzuciła do kosza myśląc, że to mój list pożegnalny. Przypadek...?Nie postarałam się chyba zbytnio, strach pomyśleć, jak poczuliby się czytelnicy tego bestsellera...chwała Ci Mamo, żeś to znalazła i zutylizowała!
Ale miało być o odchodzeniu...Szukając kiedyś tam w zamierzchłej przeszłości pomocy specjalisty w związku z tym, co siedziało i wciąż siedzi mi w głowie, natrafiłam na bardzo sympatyczną, młodą panią psycholog, która uwiadomiła mi jedną ciekawą kwestię. Wówczas nie potrafiłam tego zrozumieć, minął rok i zrozumiałam...Kiedy ktoś nagle odchodzi z twojego życia, porzuca się, rozstaje się, wyjeżdża odczuwasz niesamowity smutek, żal, cierpisz jak jasna cholera, bo wiesz, że kogoś tracisz. Okres godzenie się z tą stratą psychologia nazywa "żałobą po stracie". Nie porównuje jej do żałoby po śmierci bliskiej osoby, ale wskazuje na wiele wspólnych aspektów. Niegłupia to teoria i daje nadzieję na to, że proces godzenia się ze stratą ewoluuje, przechodzi się przez różne jego etapy, ale na końcu tego wszystkiego jest spokój.
Po co ja to w ogóle tutaj piszę? Bo tak łatwiej sobie pewne kwestie przyswoić, zarówno mi, jak i może komuś, kto będzie to czytał.
Wydaje mi się, że jestem teraz gdzieś na początku tej drogi, najpierw uczę się żyć bez Niej...przyzwyczajam do tego Jej Niebytu. Łapię się czasem na tym, że mówię o Niej w czasie teraźniejszym...ale czas już Jej nie dotyczy. Teraz ja muszę się z nim mierzyć. Zabrzmiało tak, jakbym się z nim wcześniej nie mierzyła. Ale prawdą jest, że o śmierci nie myślimy, dopóki nie zawita do naszego życia. Żyjemy sobie tak, jakby nas to nie dotyczyło, jakby działo się tylko w ksiażkach, filmach, w telewizji....a w telewizji przecież kłamią. To bardzo ważne doświadczenie, tak samo ważne jak pierwsze słowo, pierwsza miłość, pierwszy samochód...
Nikt tej żałoby nie przeżyje za mnie i bardzo dobrze!Bo jest moja! Ja mam teraz szansę nauczyć się w życiu czegoś nowego...nauczyć się godzić ze stratą. to chyba najważniejsza lekcja, podczas której muszę pilnie słuchać. Niech to będzie jedna z notatek z tej lekcji...Będzie więcej.

I spokojnie, zabawnie też będzie, jak obiecałam. Jeszcze przyjdzie na to czas...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz